O dobrym mocowaniu się z synem

O dobrym mocowaniu się z synem

Już dokładnie nie pamiętam, kto opowiadał o scenie, w której na ogrodowej imprezie ojciec z dwójką dzieci rzucali się po trawie. Dzieciaki skakały po rodzicielu, wchodziły na plecy, a nawet próbowały przewrócić. Ten nie był im dłużny – podnosił je, podrzucał, kładł na ziemię. Wszystkiemu towarzyszyły salwy śmiechu. Osoba opowiadająca mi o tym, była w lekkim szoku. Lekkim.

Dobre mocowanie

Osobiście sam mocuję się z S. Ten próbuje wchodzić mi na głowę (proszę to rozumieć dosłownie!), wdrapywać się na mnie albo wykorzystuje mnie jako drabinę do wspinania się, np. próbując „od góry” wejść do łóżeczka (już nieaktualne, ponieważ S. ma swoją wielką łódź). Nie pozostaję bierny. To Młody ląduje na łóżku, to z kolei podnoszę go na wysokość moich oczu. Mocowaniu towarzyszy śmiech!

Co ważne, a czego nie rozumiałem na początku. Kiedyś bawiliśmy się w ten sposób do oporu, przy czym moje „dość” nie zawsze pokrywało się z „dość” S. Doszło nawet do tego, że syn zaczął unikać zabawy ze mną, w której dochodziłoby do kontaktu. Oj, nie było mi łatwo zrozumieć dlaczego tak się stało? Z S. porozmawialiśmy sobie w cztery oczy i wspólnie ustaliliśmy, że w momencie, kiedy jedna ze stron będzie chciała przerwać zabawę, wtedy druga to uszanuje. I poskutkowało!

Dwa wnioski

Po pierwsze, takie siłowe zabawy są moim zdaniem potrzebne dziecku, co więcej, szczególnie chłopcom. Muszą oni poczuć, że dysponują siłą, mocą. Że inaczej przybija się „piątacha” albo „żółwia” mamie, a inaczej tacie; że na ich szturchnięcie w inny sposób zareaguje koleżanka niż kolega. Jeśli dziecko tego nie spróbuje, nie będzie wiedziało, że tak jest. Będzie to szczególnie ważne w okresie dojrzewania. Jednak trochę czasu jeszcze zostało, więc akurat tym aspektem teraz nie będę się zajmował.

Ważne! Jeśli piszę o mocowaniu się, nie mam na myśli bicia czy czegoś takiego… Żeby była jasność!

Po drugie – warto rozmawiać z dzieckiem. Tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć. Jest to szalenie trudne, dla mężczyzn szczególnie. Choć uważam się za osobę, która nie ma problemu z wysławianiem się, zdarza się, że bawiąc się z S., nie wypowiemy żadnego słowa nawet przez 15 minut.

W tym temacie bardzo ważne były dla mnie słowa Janusza Korczaka:

Nie ma dzieci – są ludzie, ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. Pamiętaj, że my ich nie znamy.

Tyle.