Ferrin Katarzyny Michalak

Ferrin Katarzyny Michalak

O pierwszej części kwintologii dotyczącej fantastycznej krainy Ferrin, autorstwa Katarzyny Michalak, pisałem już <klik>. Dzisiaj z kolei skupię się nad całością. Jednocześnie stwierdzam, że jeszcze nie zdarzyło mi się, aby tak długo pisać recenzję książki. Całość tego wpisu nie jest powalająco długa. Jednak co rusz napotykałem jakieś problemy… Już sam nie wiem, co było tego powodem? Doszedłem jednak do wniosku, że nie będę dłużej męczył tego tekstu.

O! Myślę, że głównym powodem opóźnienia jest to, iż pisarstwo fantastyczne Michalak jest… Właśnie jakie?

Dwa obozy

Recenzenci twórczości pani Michalak są podzieleni. Stanowią dwa obozy – tych, którym seria o Anaeli przypadła do gustu oraz tych, którzy nie szczędzą słów krytyki. Osobiście stanąłbym na granicy, jednak z lekkim odchyleniem w stronę pierwszej grupy.

Jeszcze kilka informacji: seria Ferrin składa się z pięciu tytułów – Gra o Ferrin, Powrót do Ferrinu, Serce Ferrinu, Wojna o Ferrin oraz Pani Ferrinu. Rzecz dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, w której główna bohaterka, już nie Karolina, ale pani Anaela, jest zmuszona wziąć udział w grze bogów – Primei i Seatina. Jednak to jest tylko początek. W tym świecie bowiem raz się jest pionkiem, a raz rozgrywającym.

Uwaga! Dalsza część wpisu będzie zawierała ocenę, jak również informacje dotyczące fabuły. Postaram się jednak za dużo nie zdradzić.

Na minus…

Oj, jak lubimy krytykować, prawda? Hmm… Coś, co mnie raziło, kiedy czytałem Ferrin, to przede wszystkim styl, jakim posługuje się autorka. Może odzywa się we mnie belferska część mojej czytelniczej duszy, niemniej pewne akapity bym poprawił. Zresztą całości przydałaby się ponowna korekta. W momencie, kiedy pani Michalak chce wprowadzić bardzo poplątany wewnętrznie świat przedstawiony, narracja i styl powinny być dopracowane niemalże do perfekcji.

Mimo tego, książkę czyta się szybko.

I drugi minus – za dużo seksu. A teraz zagrzmi głos czytających ten wpis: Facet, tobie seks przeszkadza? Co z tobą jest nie tak? Już śpieszę zatem z wyjaśnieniem. Seks, seksem – jaki jest każdy wie (albo przynajmniej się domyśla). Jeśli jednak główna bohaterka ma być gwałcona kilkakrotnie w pierwszym tomie, w kolejnych natomiast do zbliżeń dochodzi z coraz większym rozmachem (także rozmiar ma tu znaczenie, ponieważ demon czy pół-smok, przyrodzenie muszą mieć słuszne, a kobieta jednak małą istotą jest), to w pewnym momencie to męczy. Jest tego za dużo, aż w końcu człowiekowi nie chce się już o tym czytać.

Mało natomiast było opisów „pięknego zbliżenia”. Nie bójmy się tego powiedzieć wprost: pięknej, eleganckiej, literackiej erotyki. W dodatku stworzonej przez kobietę, co byłoby idealną wskazówką dla mężczyzn. Pani Michalak jednak poradnika seksualnego nie pisała, tylko powieść fantastyczną. Ot, co!

Na plus…

Bardzo przypadła mi do gustu fabuła powieści. Po prostu lubię historie, które trwają, są i w sumie się nie kończą. Dodatkowym atutem będzie tu zawiłość – same podróże między poszczególnymi światami mogą mocno namieszać w głowie. Są partie tekstu, które należy czytać bardzo uważnie, żeby się po prostu nie pogubić. W jednym rozdziale spotykamy się bowiem z tą samą postacią, ale… przedstawianą w innym czasie i przestrzeni.

Ciekawym rozwiązaniem jest dla mnie walka bogów. Ostatecznie i tak nie wiemy, kto pociąga za sznurki. Również dotyczy to bóstw. Świat wydaje się więc bardziej zawiły niż możemy sobie to wyobrazić. I chyba tak ma być…

Tutaj przerywam pisanie i publikuję. Myślę, że jeszcze kiedyś wrócę zarówno do tej recenzji i do Ferrinu.