Kurtka, kino i rodzicielstwo bliskości

Kurtka, kino i rodzicielstwo bliskości

Jestem w kinie z klasą piątą. Nasi już siedzą, wchodzą kolejni uczniowie, z innych szkół. Chłopak, również klasa piąta, zajmuje miejsce w rzędzie przede mną. Ściąga kurtkę i zawiesza ją w taki sposób, że całość odzienia jest na zewnątrz oparcia…

– Może lepiej zawieś tę kurtkę odwrotnie. Akurat tu sięgam butami i mogę ci po prostu ubrudzić kurtkę… – mówię do chłopaka, nie ukrywam, z lekka wysoka.

– A dziękuję panu! Bo ja się nie znam na wieszaniu kurtek i teraz będę już wiedział na przyszłość. Dziękuję! – Chłopak wstaje, przewiesza kurtkę i zajmuje swoje miejsce.

Z koleżanką zbieramy szczęki z podłogi.

Co nas zaskoczyło?

Może to Was zdziwi, ale uprzejmość młodzieńca. Szczerze, to byłem przygotowany na jakąś nieodpowiednią odzywkę, może nawet pyskówkę. Niestety, z tym się najczęściej można obecnie spotkać w szkole. I drugie niestety, na taką odpowiedź najczęściej jestem nastawiony. A tu? Jak opowiedziałem o tym zdarzeniu żonie, skwitowała to tylko słowem „bliskościowiec”. I coś w tym jest!

Brak czasu

Będąc pod wpływem mojej Żony 😉 <klik do Jej fantastycznego bloga>, uczę się rodzicielstwa, tacierzyństwa bliskości. Wychodzi różnie, jednak kto nie próbuje, ten przegrywa. Mając kolejne wzloty i upadki, dochodzę do wniosku, iż i w szkołach przydałby się coś identycznego – nauczycielstwo bliskości.

Brakuje jednak czasu, niestety. 25 osób w klasie, 45 minut lekcji. Sprawy administracyjne, powtórka, nowe zagadnienie, utrwalenie innych, bach!, i już dzwoni. Owszem, jest tzw. indywidualizacja, ale w bardzo znikomym stopniu. Nie chcę powiedzieć, że na papierze, bo to kłamstwo. Jednak można byłoby w tej kwestii zrobić więcej.

A czasami aż by się chciało zatrzymać, porozmawiać, lepiej poznać, zgłębić temat… I nie chodzi tylko o sprawy wychowawcze. Czasami coś wyjdzie z samej lekcji. I czasami „poddaję się” i ciągnę dany wątek przez dwie, trzy lekcje. Oczywiście kosztem czegoś innego.

Płaczący na schodach

Pamiętam taką scenę… Chłopak stoi na schodach, płacze, kurczowo trzyma się barierki. Nad nim dwóch dyżurujących, którzy już powinni być na boisku, a tu problem, bo ten jeden nie chce zejść. Dlaczego nie chce? Bo zmieniono im salę lekcyjną i chciał się szybko spakować, aby zdążyć… Do teraz żałuję, że go „nie przejąłem”, bo sprawę można było załatwić inaczej. Tak uważam…

Kij ma dwa końce

Problem jest bardziej złożony. Zarówno w nas, rodzicach, jak również w nas, nauczycielach. Niezłe mam rozdwojenie, chociaż muszę stwierdzić, że nie umiem żyć w wychowawczym rozdwojeniu. Do uczniów podchodzę tak, jakbym chciał, żeby podchodzono do mojego syna. „Raz jestem Mr Jekyll, raz Mr Hyde”. Raz jestem Pan Belfer, a raz Tata Stasia… – nic z tych rzeczy!

Dlaczego złożoność, a w sumie problem, leży zarówno w rodzicach i w nauczycielach? Jedni nie mają czasu, inni chęci, wszyscy są przekonani, że wiedzą najlepiej. A ja kiedyś usłyszałem, że nikt nie rodzi się rodzicem i tego także należy się uczyć. Z kolei studia pedagogiczne nie czynią jeszcze z człowieka pedagoga.

PS. Link do bloga matkatylkojedna.pl, która opublikowała historię z metra <klik>.