Czytając recenzje dotyczące Gry o Ferrin, miałem wrażenie, że przede mną objawia się w całej krasie znak jing jang. Dwie siły, dwa światy, dwie moce – totalnie (wiem, że nadużywam tego słowa, ale w tym miejscu jest akurat na miejscu) różne, odmienne, wręcz skrajne. I doszedłem do wniosku, iż pisarstwo Katarzyny Michalak albo się kocha, albo nienawidzi.
[Na marginesie: Gdybym chciał podbić poczytność tego wpisu, nadmieniłbym, iż książka powinna mieć oznaczenie +18. Ale o tym w dalszej części wpisu.]
Da się przeczytać
I teraz ten wątek 18+. W powieści seksu jest dużo, naprawdę dużo. Jeśli już bohaterowie nie przechodzą do czynów, to mówią o pożądaniu, uwodzeniu, oddawaniu się, gwałtach, braniu siłą itd. Z początku jest to nawet interesujący zabieg, sprawiający, iż powieść nabiera kolorytu. Jednak z biegiem wydarzeń było tego wszystkiego za dużo. Trudno zliczyć, ile razy Anaela (to imię głównej bohaterki) przechodziła z rąk do rąk i iluż chciało ją posiąść? Włącznie z smokoczłowiekiem… Jakby świat kręcił się tylko wokół jednego. Może bez komentarza w tej materii… 😉
Z innej beczki: autorka Gry o Ferrin stworzyła także tzw. polską odpowiedź na 50 twarzy Greya. Proszę przeczytać o historii powstania Mistrza. Mały cytat:
[Wydawca]- Dasz radę, no nie? Przecież miałaś w swoich książkach kilka scen.
[K. Michalak] – No miałam! Ale nie uzbierałoby się ich na jedną pocztówkę erotyczną, a co dopiero książkę!
Część druga
Tylko wspomnę, iż seksu jest mniej, dużo mniej. 😉
Dodaj komentarz