Blog

  • #3 Dobry Ojczysty – Po prostu tak jest… Rzecz o włączaniu i wziąć.

    Wracamy do blogowania. Mam nadzieję, że zapału starczy mi na długo. 🙂

    Po prostu tak jest…
    Podzczas lekcji języka polskiego w klasie czwartej wyszła sprawa wymowy słowa “włączać”. Uczniowie byli zaskoczeni (całe szczęście, że nie wszyscy), iż poprawną formą i jedyną jest właśnie “włączać”, wymiawiane z “ą”, a nie z “an”.

    – Ale moja mama mówi włanczać. – oburzył się czwartklasista.

    Co zrobić w takiej sytuacji? Podważyć autorytet rodzica i oznajmić, iż mama źle mówi? Może po prostu udać, że się nie słyszało oburzenia? Nie pamiętam rozwiązanie tej pedagogicznej kwestii…

    Jednak uczniom podałem dość jasne wytłumaczenie, które łatwo można zapamiętać.

    Mówimy “włączać”, bo mamy “włącznik”, a nie “włancznik”. Mam nadzieję, że zapadnie im w pamięć.

    W zbliżonyy sposób wyjaśnić można wymowę słowa “wziąć” (często słyszymy jako “wziąść”, co jest niepoprawne). “Wziąć”, bo “brać”, a nie “braść”.

    Szukam teraz sposobu, aby uczniowie (szczególnie panowie), bez zbędnego zastanowienia, mówili “poszedłem, poszedłeś, poszedł” oraz “jest napisane na tablicy” zamiast “pisze na tablicy”, np. W pytaniu “Co tam jest napisane?”. Błędnego wariantu już nie podaję…

    Jakieś pomysły?

  • Biblioteki bez książek…

    Na początek lektura artykułu https://booklips.pl/newsy/biblioteki-bez-ksiazek-coraz-popularniejsze/ .

    e-podręczniki

    Czy rzeczywiście biblioteki nie powinny gromadzić książek? Napiszę rewolucyjnie – te szkolne już nie. Naprawdę szkoda na to miejsca, skoro większość lektur jest już dostępna on-line, a informacje ze słowników, leksykonów czy encyklopedii łatwiej i szybciej można znaleźć przez Google’a. Podoba mi się rozwiązanie opisywane w artykule, że część księgozbioru pozostawiono, gdyż ktoś bardziej lubi czytać słowo drukowane (tu w odniesieniu do literatury powszechnej) albo pewne książki mają w ocenie nauczycieli dużą wartość edukacyjną. Po drugie o gustach się nie dyskutuje, więc jak ktoś woli e-book, niech ma e-book, ktoś woli papier, niech ma papier.

    Przede wszystkim, w formie “e-” powinno udostępniać się podręczniki. Rząd obiecywał, obiecywał… i nic. Pisałem już o tym. Ponownie odniosę się do artykułu – taki e-podręcznik łatwiej aktualizować. Choćby wstawienie daty śmierci poety (mam na myśli akurat poetkę, Wisławę Szymborską – autentyczna sytuacji z lekcji, kiedy kiedy to podręcznik nie nadążał za czasem, gdyż był  sprzed 4 lat).

    Może się doczekam i takich czasów, że i w mojej bibliotece nie będzie książek… No, oby tylko tej biblioteki nie zamknięto, bo to nie o to chodzi. 🙂

  • Ratujmy Świat Książki!

    Szczegóły akcji https://www.facebook.com/RatujmySwiatKsiazki

    PS: Trochę książek mam z tego wydawnictwa, a to za sprawą moich Bardzo Dobrych Cioć, które na książki dla bratanka nie skąpiły. W sumie to dzięki książce z katalogu “Świata Książki” zacząłem czytać, pisać, a później zostałem polonistą… Co prawda nie było to ich własne wydanie, ale u nich kupione.

    Nie dajmy im zginąć…

  • #12 – Mroczna materia… nudy!

    W pierwszej kolejności widziałem Złoty kompas. Film wzbudził, a i owszem, moje zainteresowanie, chociaż w tendencyjny sposób starano się w nim ośmieszyć(?), wykpić(?), zniszczyć(?), pokazać kłamstwo ?) Kościoła – może ogólniej chrześcijaństwa. Sama koncepcja ludzi i ich dajmonów, magicznego pyłu i wędrówki między światami wydała się jednak na tyle interesująca, że postanowiłem sięgnąć po pierwowzór literacki. Mroczne materie to trylogia – kolejne części: Złoty kompas, Magiczny nóż oraz Bursztynowa luneta.

    “Mroczne materie to najsłynniejsza, obok Władcy Pierścieni, trylogia fantastyczna XX wieku, zawierająca odniesienia do Raju utraconego Miltona, Odysei Homera i poezji Wiliama Blake’a. Akcja trzech tomów rozgrywa się w kilku światach równoległych. Nie ma tu Boga, ani Stwórcy, jest tylko Autorytet, pierwszy anioł skondensowany z tajemniczego, wirującego w powietrzu Pyłu, czyli uświadomionej materii. Przez te miejsca wędruje para bohaterów – Lyra, „nowa Ewa”, która wdaje się w walkę z Kościołem zła, by uwolnić ludzkość od trwającego od wieków zniewolenia, oraz jej towarzysz Will chłopiec z ziemskiej Anglii, posiadacz magicznego noża. Wielką misję obalenia Królestwa Niebieskiego i zastąpienia go republiką, starają się udaremnić agenci religii, dla których zabicie Lyry to zadanie święte. “

    Taki opis fabuły znajdziemy na okładce. Czy rzeczywiście Mroczne materie są drugie po Władcy Pierścieni? Uważam, że nawet nie znajdują się w pierwszej 10. Chociaż jest to moja subiektywna opinia.

    Przyznaję szczerze, iż pierwszych dwóch tomów nie czytałem. Pierwszego nie chciałem, gdyż oglądałem film, drugiego nie zdobyłem. Do rąk wpadł akurat trzeci… Przemęczyłem go – dokładnie takich słów mogę użyć. Z powieści wyrzuciłbym całe rozdziały.
    Oczywiście czytałem polskie tłumaczenie – nie znam oryginału. Niemniej stwierdzenie “I tak dalej…” w dużym stopniu psuje mój odbiór treści (chociaż sam używam, ale w mowie!).

    Mam wrażenie i raczej nie mylę się, iż trylogia Pullmana została stworzona do walki z Kościołem. Lyra – nowa Ewa, kolejne kuszenie, Magisterium, Kościół – słownictwo na potęgę używane w powieści, odnosi czytelnika do jednej rzeczywistości, a mianowicie do chrześcijaństwa. Ekranizacja Złotego kompasu doskonale w ten trend się wpasowała. Próba ośmieszenia Kościoła, jakakolwiek dewaluacja chrześcijaństwa w wydaniu Pullmana, urasta jednak do rangi groteski. Autor miał “jakiś” pomysł, ale sam koncept przerósł pisarza. Dla mnie kwestia nie została rozwiązana… Metatron został zepchnięty w otchłań, niejasne są okoliczności pokonania Autorytetu. Pullman nie tworzy nowego mitu o stworzeniu świata, człowieka, nie tłumaczy zjawisk. Od powieści o charakterze polemicznym z pewną, ściśle określoną doktryną, ideą, światopoglądem, oczekiwałbym właśnie nowego spojrzenia na świat. Ewentualnie zaprezentowanie zgrabnej syntezy naukowych doniesień obalających chrześcijaństwo, zamkniętych w fantastycznym świecie. Do tego jeszcze wartka akcja, ciekawa fabuła, wyraziste postaci… – tego w Mrocznych materiach nie znalazłem.

    Nie polecam! Szkoda czasu.

  • #11 – Maja Lidia Kossakowska “Siewca wiatru” – inne spojrzenie na świat aniołów.

    Aż nie mogę uwierzyć, że nie wspomniałem nic o Siewcy wiatru Mai Lidii Kossakowskiej.

    O samej autorce wiedziałem tyle, że pisze książki – sam układałem poszczególne tytuły na półkach, kiedy jeszcze pracowałem w “księgarni” (cudzysłów uzasadniony z pewnych powodów, ale o tym nie dzisiaj). I tyle! Po Siewcę… sięgnąłem z braku laku, po prostu nie miałem co czytać. Książka leżała na półce długo, następnie przeszedłem przez 30 stron, później znowu półka, aż w końcu… Dałem się ponieść i wszedłem w świat anielskich intryg.

    Rzecz dzieje się w niebie. Którym dokładnie nie wiem. Bohaterami są aniołowie różnego szczebla, przynależności chóralnej, funkcji itd. Główną postacią jest Daimon Frey, który ratuje Królestwo przed armią  Cienia, jednak czyni to w sposób niegodny – kradnie Bogu klucz do różnych wymiarów. Zostaje za to ukarany i zgładzony, jednak Bóg wskrzesza go i czyni Jego wybranym. Ma m.in. możliwość burzenia światów…

    Streścić wszystkich intryg, jakie mają miejsce w niebie, nie potrafię. Nawet nie byłbym w stanie. Kossakowska bowiem pokazuje nam anielski świat, jako miejsce bardzo… ludzkie. Owe intrygi, układy polityczne, egoizm, żądza władzy, lekkie obyczaje, ale również dobro, chęć służby, piękno, honor – wszystko to jest tam obecne, jako i na ziemskim padole. Aniołowie oddają się “cielesnym” uciechą, “zakochują”… A do tego wszystkiego… Bóg odchodzi! Zarządcy niebieskiej krainy, czyli Archaniołowie, próbują utrzymać tę wiadomość w tajemnicy przed wszystkimi. W dodatku Cień powraca…. Reszta w książce.

    Świat Siewcy…

    Kossakowska odchodzi od powszechnego rozumienia świata aniołów. To w tej książce jest najlepsze. Zderzam się bowiem z własnym wyobrażeniem nieba, z wyobrażeniem przekazanym mi przez Kościół i całkowicie subiektywną kreacją. Ktoś powie, że to obrazoburcze, że tak nie można… Nie zgadzam się! Pewne elementy posłużyły za kanwę do stworzenia całkiem niezłej fabuły. Nastąpiła psychologizacja aniołów. Suma sumarum otrzymały one wolną wolą, podobnie jak ludzie.

    Nie można tej książki czytać przez pryzmat wiary, chociaż można coś z niej wyciągnąć dla jej umocnienia. Choćby to zestawienie człowiek-anioł – co Bóg dał nam, ludziom, a czego nie dał aniołom?

    W końcu, podoba mi się samo budowanie intryg, politykierstwo. Jak autorka sama się w tym nie pogubiła? Nie wiem i mogę tylko się domyślać. Kolejna sprawa to styl – momentami śmiałem się bardzo głośno. Przecież aniołowie mówią do siebie prostu i zrozumiale, a w dodatku, kiedy są kumplami… potocznie. Pewnych sformułowań nigdy nie włożyłbym w anielskie usta, ale to już problem mojej wyobraźni.

    Książka bardzo przypadła mi do gustu. Polecam wszystkim fanom fantasy, chociaż nie tylko… Ludzi wiary przestrzegam – podejdźcie do tej pozycji nie z pozycji wiary!

    Pozdrawiam,

    Grafika ze strony wydawnictwa https://fabrykaslow.com.pl/ksiazki.php?id=49#searchkk

  • #10 – “Wyrzutki” Flanagana całkiem, całkiem

    #10 – “Wyrzutki” Flanagana całkiem, całkiem

    O Zwiadowcach Flanagana pisałem nie raz. Seria raczej dla młodszego czytelnika, jednak jeśli jakiś starszy chciałby przeczytać coś lżejszego, gorąco polecam. 10 tomów niezwykłej przygody Willa i jego towarzyszy skutecznie i przyjemnie zajmie czas.

    Co jednak później? Jest jeszcze 11. tom, którego jeszcze nie przeczytałem, lecz z pewnością to tylko kwestia czasu.

    John Flanagan, autor wspominanych Zwiadowców, nie zostawił jednak swoich fanów sierotami. “Wyrzutki” to tytuł pierwszego tomu kolejnej serii – Drużyny. Nie miejsce i czas, aby teraz streszczać książkę. Krótko tylko o wrażeniach.

    (więcej…)

  • Lista płac nauczycieli

    Wczoraj “Gazeta Wyborcza” opublikowała listę płac nauczycieli. Otwiera ją historyk, który pracuje 1. rok w szkole społecznej, ma 10 godzin (czyli 10/18 etatu, a nie pół, jak podała “GW”) i zarabia 1060 zł netto.

    Pensje, po analizie danych z listy, są rzeczywiście zróżnicowane. Kultowym (chyba) stanie się matematyk, fizyk, chemik, pracujący 27 godzin w szkole publicznej (gimnazjum), dodatkowo w prywatnym gimnazjum (4 godziny, za które dostaje 1000 zł! – wow!) i jeszcze dorabiający korepetycjami, z czego “wyciąga” ok. 5000 zł.  W sumie: 8500 zł netto. W skład pensji wchodzi jeszcze wysługa – wg zestawienia posiada między 10 a 15 lat pracy.

    Zastanawiam się czy te 5 tys. to taki oficjalny dochód. Warto jeszcze nadmienić, iż pan pracuje w Warszawie. Niemniej jest obrotny, widocznie ma czas na tyle korepetycji, niech ma! 🙂

    Ale… Zawsze musi być ale. Dlaczego trzeba dorabiać? Czy rzeczywiście Polski nie stać na to, aby w szkole pracowali najlepsi fachowcy, którzy z zapałem i oddaniem poświęcaliby swój czas dla dobra uczniów, w konsekwencji narodu? Patetycznie zabrzmiało. Wierzę jednak, że się da…

    Lista płac nauczycieli, podobnie jak artykuł w “GW”, nie wniosła nic do ogólnopolskiej już dyskusji. Podnoszenie pensum, mówienie, że nauczyciel ma pracować 40 godzin tygodniowo w szkole, zniesienie Karty Nauczyciela itd. to populizm – tak reformy się nie robi. Tylko skąd rządzący mają to wiedzieć, skoro ich stosunek do historii jest taki, że tną jej godziny w szkole. Widocznie uznali, że to mniej potrzebny przedmiot, a wniosków z przeszłości wyciągać nie trzeba.

    Pozdrawiam,

  • Paweł Huelle w obronie nauczycieli

    Pozwalam sobie zacytować tekst pana Pawła Huelle w obronie nauczycieli, który jest adresowany do pana Leszka Balcerowicza.

    I swoją drogą – panie Pawle, dziękuję!

    Szanowny i Drogi Panie!

    Dotknął Pan sedna sprawy – debaty na temat edukacji w naszym kraju. Jeżeli zajmuję głos w tej sprawie – mam do tego co najmniej równe prawo jak Pan – prawie piętnaście lat pracowałem w systemie oświaty – od szkoły podstawowej, poprzez liceum i szkołę zawodową, wreszcie w dwóch szkołach wyższych – Akademii Medycznej w Gdańsku, oraz w Uniwersytecie Gdańskim. 

    Bardzo lubiłem mój zawód nauczyciela, spełniałem się w nim – w sensie zarówno ambicjonalnym, jak emocjonalnym. Odszedłem, ponieważ nie mogłem z jednej, uczciwie zapracowanej pensji – utrzymać rosnących kosztów utrzymania rodziny. Musiałem – jak wielu moich kolegów po fachu – bez przerwy dorabiać, by starczyło do pierwszego. Większość z nich dawała korepetycje. Ja miałem to szczęście, że dochody z mojej pracy literackiej – w pewnym okresie – stanowiły główną pozycję budżetu domowego. 

    Zapewniam Pana, że nie żyliśmy ani rozrzutnie, ani na kredyt. Nie byliśmy – jak Pan to lubi ujmować – roszczeniowcami. Nie miałem w tym czasie ani własnego samochodu, ani mieszkania. Przy rodzicach: w jednym pokoju o powierzchni niespełna 20 metrów, z żoną i dzieckiem. Prace moich uczniów poprawiałem nocą, w kuchni, gdy wszyscy już w domu spali, także wszelkie obowiązkowe sprawozdania – których z roku na rok przybywało – pisałem w tejże kuchni, nieraz do świtu. Moje powieści i opowiadania były w tym czasie dodatkiem do tej pracy – też nocnym, powiedzmy – hobbystycznym. 

    Tak, miałem w ramach etatu owych osławionych osiemnaście godzin w tygodniu. Ale – czy Pan zdaje sobie sprawę, że do tych osiemnastu godzin dydaktycznych – dochodziło co najmniej drugie tyle – na poprawianie klasówek i wypracowań. Na spotkania z rodzicami. Na pisanie obowiązkowych projektów lekcji. Popołudniowe rady pedagogiczne. Pracę ze szkolnym psychologiem – w sprawie tak zwanych trudnych uczniów. Tej pracy nikt nigdy nie wliczał do etatu: była oczywistością w szkolnej przestrzeni, ale każdy mógł – jak Pan obecnie – powiedzieć, że nauczyciel za mało pracuje na swoje wynagrodzenie. 

    To oburzające: Was, ekonomistów, nikt nigdy nie rozlicza ze skutków waszych mylnych prognoz, z milionowych dopłat do banków, z zaprzepaszczonych funduszy, z nieudanych inwestycji. Jesteście właściwie jak szlachta w dawnej – pierwszej Rzeczypospolitej – ponad prawem. Stanowicie elitę. Dobrze – stanowcie, – ale dlaczego Pan – jako przedstawiciel tej elity – uparł się akurat krytykować nauczycieli? 

    Mój pradziadek Tadeusz Fiedler był profesorem Politechniki Lwowskiej. I dwukrotnie obranym rektorem tej uczelni. Jego pobory – jeszcze w czasach CK Austrii – starczyły w zupełności na w miarę średnie, zamożne życie. Nie musiał brać tak zwanych fuch, zleceń. Jeśli dokonywał jakichś ekspertyz – np. dla przemysłu naftowego – to dlatego, że się tym interesował, że zależało mu na rozwoju przemysłu krajowego, bo się na tym znał. Nauczyciel w Drugiej Rzeczypospolitej – czy to w szkole podstawowej, czy w średniej (nie mówiąc o wyższej) zarabiał tyle, że mógł ze swojej pensji utrzymać czteroosobową rodzinę z jednej pensji.

    Dziś obowiązuje inny model wymuszony przez rzeczywistość ekonomiczną. Etat nauczyciela to – rzecz jasna – podstawa, – ale trzeba mieć jeszcze dwa, trzy miejsca – żeby dorobić. W związku z czym mamy taką sytuację, jak na wielu polskich uczelniach: Etat podstawowy to kotwica, reszta to suma rozmaitych zleceń, dodatkowych prac, drugich i trzecich etatów. 

    Czy uważa Pan to za słuszne? Dobre dla polskiej nauki? Edukacji? Szkolnictwa? Ile – Pańskim zdaniem – powinien zarabiać nauczyciel szkoły średniej, żeby całkowicie oddał się swojej pracy i żeby – nie musiał być domokrążcą korepetycji? I żeby jego prestiż – tak jest – prestiż – bo nauczyciel państwowy powinien mieć prestiż – nie był spostponowany? 

    Mam do Pana ogromny szacunek – jak wiele milionów Polaków – którzy przeszli swoje Morze Czerwone dzięki Pana bardzo odważnym reformom i – na tym skorzystali. Ale jeśli chce Pan prywatyzować oświatę publiczną – trzeba powiedzieć – nie. Najlepsze, doskonałe osiągnięcia tej strefy zawsze wiązały się z przestrzenią publiczną. Począwszy od Szymona Konarskiego, czy Szkoły Rycerskiej. Skończywszy na najznakomitszych szkołach publicznych II Rzeczypospolitej. 

    Oboje moi rodzice – z bardzo różnych rodzin – rozpoczęli edukację w przedwojennej Polsce – przerwaną wojną i okupacją. To, czego zdążyli się nauczyć przed wojną, starczyło im na wiele lat powojennych. Ale właśnie dlatego: nauczyciele byli zaufanymi mężami państwa polskiego, byli na bardzo wysokim poziomie, nikt – tak jak Pan teraz – nie wymawiał im – drobnych w istocie przywilejów. Nikt – tak jak Pan teraz nie podważał ich kompetencji i nie usiłował wyciągać z ich kieszeni pieniędzy, które godnie zarabiali. Czemu uwziął się Pan na nauczycieli? 

    Czy zdaje Pan sobie sprawę, że przeciętna polska nauczycielka – bardzo ciężko pracująca, po wielu latach pracy, staży, szkoleń – dostaje na rękę maksymalnie dwa tysiące czterysta złotych? I nie jest Panu za to wstyd? Bo mnie – jest wstyd. Wstyd za państwo polskie, które nie potrafiło do tej pory skutecznie postawić na edukację. Ile otrzymuje – byle idiota -poseł? Taki – bierny, mierny, ale wierny? Niech Pan to zważy w swoim sumieniu, doprawdy, niech Pan to rozważy sprawiedliwie – niczym Sokrates, a potem dopiero niech Pan się zabiera za reformę stanu nauczycielskiego. 

    I jeszcze jedno: obecny niż demograficzny powoduje redukcję etatów w szkołach. Zawsze uważałem, że im mniejsza klasa, im mniej uczniów – tym lepsze efekty nauczania. To jest podstawa procesu nauczania – indywidualne kontakty z uczniem, możliwość osobistego kontaktu, korekt, pracy indywidualnej. Ale państwo polskie tego nie rozumie. Skoro jest mniej uczniów komasuje ich w dużych zespołach, zwalnia “zbędnych” nauczycieli, zmniejsza sumę wydawaną na jednego ucznia. No bo można zaoszczędzić. Czemu nie? Dlaczego – Szanowny Panie Leszku – nie możemy oszczędzać w innych dziedzinach? Jest tyle możliwości! 

    Pan, jako wybitny ekonomista mógłby zaproponować sporą, realną listę. Ale uwziął się pan na nauczycieli. Tego – jako były – wieloletni – pracujący za grosze nauczyciel – nigdy Panu nie wybaczę. Nie bije się słabszych. Nie wypada. Naprawdę – nie wypada. 

    Paweł Huelle, pisarz. Były wieloletni nauczyciel, wiceprezes PEN Clubu

    Więcej… https://wyborcza.pl/1,75515,11941642,Pawel_Huelle_do_Balcerowicza__Uwzial_sie_pan_na_nauczycieli_.html#ixzz1zTy2DO1J

  • Nauczyciel kontraktowy

    Dzisiaj, tj, 25 czerwca 2012 r., uzyskałem stopień nauczyciela kontraktowego. 🙂

  • Coverowy zawrót głowy (Somebody That I Used To Know) 1

    “Somebody That I Used To Know”, piosenka zespołu Gotye, szturmem zyskała sobie sympatię wielu osób na całym świecie. Powiem szczerze, mimo jej smutnej treści, dałem się uwieść temu utworowi. Jak mało któremu!

    Doszedłem do wniosku, że sukces piosenki winno mierzyć się ilością coverów, które powstają. Zresztą samo STIUTK zyskało rozgłos właśnie dzięki przeróbce. Postanowiłem zacząć zbierać te covery w jednym miejscu. Będę dodawał tylko te, które mnie osobiście przypadły do gustu… 🙂 W komentarzach można umieszczać linki… Może akurat coś i mnie się spodoba. 😉

    Wykonanie chóru

    Acapella – wersja kryzysowa

    Glee