Kategoria: Książka

  • #9 – Co siedzi w głowie autorów fantasy? Rzecz o “Panu Lodowego Ogrodu”

    Co siedzi w głowie autorów powieści fantasy? Jakie połączenia neuronowe muszą gościć w ich głowa, że potrafią stworzyć tak skonstruowane światy, w których dochodzi do niewyobrażalnych zdarzeń? Jakim sposobem kreują oni swoje postaci, iż wydają się do bólu rzeczywiste?

    Dręczą i męczą mnie te pytania, tym bardziej, że raz po raz w mej prostej i mało skomplikowanej główce pojawia się marzenie, aby być jednym z nich, jednym z autorów powieści fantasy. Raczej nie dorównam Tolkienowi, Sapkowskiemu, Grzędowiczowi czy Pilipiukowi. Pierwszy to dla mnie guru – po prostu nieosiągalny stan mojej twórczej reinkarnacji. Pozostali prezentują zbyt wysokim poziom, żebym nawet mógł pomyśleć, aby stanąć w jednym szeregu z nimi. Zresztą – to pociesza – różnica wiekowa mierzy sobie co najmniej kilkadziesiąt lat, więc wszystko przede mną. Dziś są marzenia, pierwsze próby pisane “do laptopa” i skrzętnie ukrywane przed oczyma kogokolwiek… Być może, być może, kiedyś i moja gwiazda zabłyśnie…
    Ad rem. 
    Właśnie kończę trzeci tom Pana Lodowego Ogrodu. Autor – Jarosław Grzędowicz, osobom w temacie raczej nie trzeba przedstawiać. 
    Fabuła – ciekawa. Choć przeczytawszy pierwszych może 30 stron, książka powędrowała z powrotem na półkę, żeby odczekać swoje i wrócić do niej, kiedy już skończyło się Oko Jelenia. Lubię takie miłe rozczarowania. Początek mnie nużył. Bardzo… Jednak, kiedy już przebiłem się przez “wstęp”, w mojej wyobraźni zaczęły chyba pracować odpowiednie trybiki i wszedłem w świat Vuko i Filara – ludzi, których nie tylko dzieli kosmiczna odległość. Są z innych bajek – jeden to spec od zadań specjalnych, drugi – następca cesarza, cesarstwa, które zostało właśnie podbite… Linie ich życia w końcu się zazębiają, rzekłbym, są skazani na siebie. Chyba najważniejsze – pierwszy to Ziemianin, Filar – mieszkaniec planety Midgaard. Tak, tak… Jesteśmy w kosmosie i to, że pisałem o “kosmicznej” odległości nie jest nadużyciem. 
    Czynnikiem, który przeważył, iż PLO zaskarbił sobie moją sympatię jest ciekawość. Pan Grzędowicz, w moim odczuciu, w sposób misterny zbudował napięcie, bazując na tym, iż fabuła jest dwutorowa. Vuko – Filar – Vuko – Filar – Vuko – Filar, aż w końcu Vuko i Filar… Między czasie dużo, bardzo dużo, powiedziałbym, nadfantastycznych zdarzeń, postaci…
    Magda, autorka https://ksiazkawmiescie.blogspot.com, celnie zauważa: Czytelnika już od pierwszego tomu dosłownie skręca ciekawość, jak połączą się te dwa wątki. Zdradzę tylko tyle, że w wyjątkowo przewrotny sposób. (https://ksiazkawmiescie.blogspot.com/2012/04/pan-lodowego-ogrodu-tom-iii-jarosaw.html).
    https://kipme.pl

    Co jest na tak…

    Podziwiam pana Grzędowicza za sposób prowadzenia narracji. Raz pierwszoosobowa, a zaraz wchodzimy w głowę jednego z dwójki bohaterów, aby być świadkami wszelkiego typu rozterek natury moralnej, światopoglądowej, żywieniowej i innych, na seksualnych skończywszy. Oko Jelenia wyszło później, stąd może  nasuwa mi się pewne skojarzenia do narracji, jaką obrał pan Pilipiuk (chociaż u mnie idzie to w drugą stroną, gdyż Oko… czytałem wcześniej). Zresztą w posłowie pisał pan Pilipiuk, że PLO zmusił go do naniesienia pewnych poprawek. 
    Narracja to jedno… Nawiązując jednak do tytułu tego wpisu. Nie wiem, co siedzi w głowie pana Grzędowicza, ale jest to coś naprawdę niesamowitego. W sumie tyle w tym temacie mógłbym napisać. Cały pomysł z Czyniącymi, bardzo dobre wymieszaniem realności z fantastycznością wydarzeń “drugiego świata”, kreacja intrygi i poczynań Pramatki oraz van Dykena, aż w końcu prowadzenia całości przez trzy tomy “na dwa fronty”. W rezultacie można powyjmować co drugi rozdział i wydać osobno – rzecz jasna do pewnego momentu. 
    Odpowiedź na pytanie z tytułu tego wpisu znalazłem na blogu Magdy.  Nie wiem, co bierze Grzędowicz, ale poproszę to samo. 
    Ja również… 😉 

    I podobnie jak autorka Książki w mieście pytam: kiedy, perkele, będzie ten czwarty tom?
  • Andrzej Pilipiuk – książki, które same się czytają

    Zdjęcie z oficjalnej strony A. Pilipiuka 

    Na początku był “Dzień wskrzeszenia”. W końcu sięgnąłem po sześć tomów “Oka Jelenia” i się nie zawiodłem.

    Historia, podobnie, jak w przypadku “Dnia wskrzeszenia”, szyta nieco grubymi nićmi. Przynajmniej przyczyna do rozpoczęcia narracji. Ot, w atmosferę ziemską wchodzi antymateria, która po prostu doprowadzi do zagłady ludzkości (prawie!). Główny bohater i miejscami narrator, Marek – nauczyciel informatyki, idzie spokojnie do domu. W sumie idzie bez celu. Po drodze ratuje z opresji Staszka, licealistę, który został napadnięty – ludzie w ogóle dostali małpiego rozumu, gdyż w obliczu zagłady gwałcą, zabijają, kradną itd. Panowie postanawiają razem doczekać końca świata, a kiedy ten ma już nastąpić, na ich oczach znika Biblioteka Narodowa. Pojawia się w dodatku kosmita, który obiecuje ratunek, jeśli ci zgodzą się być jego niewolnikami.

    Cóż robić? Zgadzają się i tym samym zostają przeniesieni do XVI wieku, kiedy w Norwegii zaczyna panować luteranizm, a Hanza chyli się ku upadkowi… W to wszystko wskakują goście z XXI wieku. Reszty fabuły nie zdradzę. Trzeba koniecznie przeczytać.

    Jakie jest “Oko Jelenia”? Z pewnością poszczególne tomy nie są równe. Pierwszy pochłonąłem, podobnie czwarty i szósty. Jeden przemęczyłem, ale nie pamiętam już który. Prawdopodobnie trzeci – miałem niemałą chęć odłożenia książki na półkę… Jednak nie mogłem! Akcja jest tak wciągająca, że mimo zniechęcenia, momentów nawet nudnych, musiałem, tak, musiałem, czytać dalej. Nagłe zwroty wydarzeń, co krok pojawiające się nowe okoliczności i sytuacje, w których znaleźli się bohaterowie, nowe postaci… – to wszystko składa się na niezwykły charakter “Oka Jelenia”. Ta książka ma bowiem swój charakterek i nieustannie potrafi zaskoczyć czytelnika.

    Grafika stąd.

    W końcu dobrnąłem do końca, niestety! Jak dla mnie “Oko Jelenie”, o ile nie straciłoby na wartości, mogłoby trwać w nieskończoność. Sam finał przygody pana Marka jest niebanalny i zaskakujący.

    Chapeau bas dla pana Andrzeja Pilipiuka! Tym większy szacunek i uznanie zagościł we mnie po lekturze “Posłowia” (27 stron!), którego nie warto omijać. Autor pokrótce opisuje w nim, jak rodziło się “Oko Jelenia”, skąd czerpał pomysły, czym się inspirował. 

    Szczerze przyznaję, że pochłaniałem każde słowo powieści i opowieści o powstaniu. Podobnie było, kiedy jako nastolatek czytałem “Hobbita…”, a później “Władcę Pierścieni” – pozycje mojej młodości, ubóstwiane przeze mnie do dziś. 

    Polecam, naprawdę polecam “Oko Jelenia”. Blisko 2,5 tys. stron, ale to i tak za mało. Czuję niedosyt! To najlepsze, co mogło mnie spotkać.

    [Aktualizacja: Ukazał się siódmy tom. Już dawno przeczytany!]