Kategoria: Ale Tata! 🙂

  • Brownie, czyli męskie ciasto

    Brownie, czyli męskie ciasto

    Brownie jest tak prostym ciastem, że śmiało mogę zaliczyć go do kategorii “męskie ciasto”. Oczywiście, że jadę stereotypem kobieta-w-kuchni, choć to mężczyźni szefują najlepszym restauracjom na świecie.

    Dodam jeszcze, że moje brownie jest bezglutenowe i na bazie oleju kokosowego.

    (więcej…)

  • Szachy, szachy, szachy

    Szachy, szachy, szachy

    Szachy są naprawdę bardzo dobrym sposobem na naukę logicznego myślenia. Raz po raz pojawiały się głosy, iż nauka królewskiej gry powinna być wręcz przedmiotem w szkole. I tak nowa podstawa programowa mówi o wzmocnieniu nauki matematyki i programowania m.in. poprzez… podstawy szachów.

    (więcej…)

  • Tata i opieka nad chorym dzieckiem

    Tata i opieka nad chorym dzieckiem

    Dramatyczno-liryczna proza życia, czyli tata i opieka.

    Wpis jest komentarzem, który brał udział w konkursie na blogu mama-trojki.pl Bożeny Jędral. Szczęśliwie udało nam się wygrać zestaw Lego Duplo z dźwigiem, o którym mały S. marzył.

    Tak się akurat złożyło, iż w zeszły piątek, mały S. był skazany, o przepraszam, oddany pod całodzienną opieką swego kochanego tatusia, czyli mnie. Może bez przesady z tym oddaniem – po prostu to ja poszedłem na opiekę. Tak było łatwiej.

    (więcej…)

  • Podsumowanie A.D. 2016 – tata-tata

    Podsumowanie A.D. 2016 – tata-tata

    Jeśli rzeczywiście jest tak, jak powiedział Shakespeare, że życie to teatr, a ludzie aktorami, to bycie tatą jest najtrudniejszą rolą, którą przyszło mi zagrać.

    Codzienna nauka

    Dla dziecka chce się jak najlepiej. Niestety, czasami z dobroci można i kota zagłaskać na śmierć. Dlatego wszystko należy równoważyć. Nie wszystko, nie już, nie zawsze! Muszę się zastanowić, czym zastąpić “nie” w tek wyliczance! 🙂

    Bycie tatą, od ponad trzech lat, to dla mnie nieustanna nauka. A że krnąbrnym uczniem jestem, różnie mi idzie. Jak w życiu – są wzloty, są upadki. Z różną częstotliwością. Są chwilę, kiedy dosłownie najlepiej włosy rwać z głowy. Są też takie, kiedy człowiek samym spojrzeniem przeniósłby Skrzyczne i masyw Klimczoka bardzo daleko – tyle ma siły.

    Wspominałem o tym w zeszłym rok <klik> – od tego bodaj czasu na moim blogu pojawił się temat parentingu, że bardzo dużo mi dała “przymusowa” opieka nad S. W zeszłe ferie zimowe Żonka miała serię zabiegów. Przez dwa tygodnie synek był zmuszony do pobycia z tatusiem sam na sam, a i tatuś niejako musiał zająć się pociechą. I to nas zbliżyło! Bardzo!!!

    Od tamtego czasu bardzo, ale to bardzo, cieszę się z każdej chwili, kiedy możemy z S, spędzić razem czas. No dobra! Cieszę się prawie z każdej chwili, bo są czasami takie dni, że… #@$%8&! 😉

    Rodzicielstwo bliskości

    Jest to pojęcie jeszcze mało mi znane, ale w swoich założeniach bardzo bliskie. Prym w naszym związku w tym temacie wiedzie Moja Wspaniała Żona, która nieustannie stosuje “Małżeństwo Bliskości”, tłumacząc mi na czym polega “Rodzicielstwo Bliskości”.

    Nie jest łatwo… Człowiek, jako istota społeczna, poddana wpływom otoczenia, chłonie różne rzeczy, wzorce zachowań. Myślę, że dzieje się tak czasami nawet wbrew nam samym. I chociaż często popadam w czarną rozpacz, bo się nie udało, bo “gul” urósł, bo nie zrobiłem tego, tak jak chciałem, to jednak podskórnie dążę nieustannie do doskonałości.

    Nieraz chciałbym, aby zrobił coś inaczej, “po mojemu”, wg mojego wyobrażenia. A S. ma na to swój pomysł, często ciekawszy. I co? I cieszy mnie to szalenie, że daje mi szansę zobaczenia świata, jego oczyma.

    Mój cały świat

    S. ma trzy lata i parę miesięcy. Jest dzieckiem pogodnym, ale jak to w pogodzie czasami bywa, chmurzy się. Lubi klocki, psy, koty oraz oglądanie bajek. Dodajmy jeszcze puzzle, odkurzanie, budowanie norek, gawry itd. Krótko: ma wszechstronne zainteresowania.

    Potrafi postawić na swoim – wie czego chce. I trudno wytykać mu to albo mieć za złe. Skoro współcześnie tak wiele mówi się o asertywności, niech Młody uczy się jej za małego. Wstydzi się… Jednak kiedy przełamie już pierwsze lody jest bardzo towarzyski.

    Taki o to ten mój S.

    PS. Momentami ten tekst może wydawać się sztampowy, frazesowy, idealistyczny. Dodam więc tylko, iż daleko mi do ideału, jednak chcę i się uczę. Nawiązując do Shakespeare’a, powtórzę, iż bycie tatą to najtrudniejsza rola, w jaką wszedłem w życiu.

  • Kurtka, kino i rodzicielstwo bliskości

    Kurtka, kino i rodzicielstwo bliskości

    Jestem w kinie z klasą piątą. Nasi już siedzą, wchodzą kolejni uczniowie, z innych szkół. Chłopak, również klasa piąta, zajmuje miejsce w rzędzie przede mną. Ściąga kurtkę i zawiesza ją w taki sposób, że całość odzienia jest na zewnątrz oparcia…

    – Może lepiej zawieś tę kurtkę odwrotnie. Akurat tu sięgam butami i mogę ci po prostu ubrudzić kurtkę… – mówię do chłopaka, nie ukrywam, z lekka wysoka.

    – A dziękuję panu! Bo ja się nie znam na wieszaniu kurtek i teraz będę już wiedział na przyszłość. Dziękuję! – Chłopak wstaje, przewiesza kurtkę i zajmuje swoje miejsce.

    Z koleżanką zbieramy szczęki z podłogi.

    Co nas zaskoczyło?

    Może to Was zdziwi, ale uprzejmość młodzieńca. Szczerze, to byłem przygotowany na jakąś nieodpowiednią odzywkę, może nawet pyskówkę. Niestety, z tym się najczęściej można obecnie spotkać w szkole. I drugie niestety, na taką odpowiedź najczęściej jestem nastawiony. A tu? Jak opowiedziałem o tym zdarzeniu żonie, skwitowała to tylko słowem “bliskościowiec”. I coś w tym jest!

    Brak czasu

    Będąc pod wpływem mojej Żony 😉 <klik do Jej fantastycznego bloga>, uczę się rodzicielstwa, tacierzyństwa bliskości. Wychodzi różnie, jednak kto nie próbuje, ten przegrywa. Mając kolejne wzloty i upadki, dochodzę do wniosku, iż i w szkołach przydałby się coś identycznego – nauczycielstwo bliskości.

    Brakuje jednak czasu, niestety. 25 osób w klasie, 45 minut lekcji. Sprawy administracyjne, powtórka, nowe zagadnienie, utrwalenie innych, bach!, i już dzwoni. Owszem, jest tzw. indywidualizacja, ale w bardzo znikomym stopniu. Nie chcę powiedzieć, że na papierze, bo to kłamstwo. Jednak można byłoby w tej kwestii zrobić więcej.

    A czasami aż by się chciało zatrzymać, porozmawiać, lepiej poznać, zgłębić temat… I nie chodzi tylko o sprawy wychowawcze. Czasami coś wyjdzie z samej lekcji. I czasami “poddaję się” i ciągnę dany wątek przez dwie, trzy lekcje. Oczywiście kosztem czegoś innego.

    Płaczący na schodach

    Pamiętam taką scenę… Chłopak stoi na schodach, płacze, kurczowo trzyma się barierki. Nad nim dwóch dyżurujących, którzy już powinni być na boisku, a tu problem, bo ten jeden nie chce zejść. Dlaczego nie chce? Bo zmieniono im salę lekcyjną i chciał się szybko spakować, aby zdążyć… Do teraz żałuję, że go “nie przejąłem”, bo sprawę można było załatwić inaczej. Tak uważam…

    Kij ma dwa końce

    Problem jest bardziej złożony. Zarówno w nas, rodzicach, jak również w nas, nauczycielach. Niezłe mam rozdwojenie, chociaż muszę stwierdzić, że nie umiem żyć w wychowawczym rozdwojeniu. Do uczniów podchodzę tak, jakbym chciał, żeby podchodzono do mojego syna. “Raz jestem Mr Jekyll, raz Mr Hyde”. Raz jestem Pan Belfer, a raz Tata Stasia… – nic z tych rzeczy!

    Dlaczego złożoność, a w sumie problem, leży zarówno w rodzicach i w nauczycielach? Jedni nie mają czasu, inni chęci, wszyscy są przekonani, że wiedzą najlepiej. A ja kiedyś usłyszałem, że nikt nie rodzi się rodzicem i tego także należy się uczyć. Z kolei studia pedagogiczne nie czynią jeszcze z człowieka pedagoga.

    PS. Link do bloga matkatylkojedna.pl, która opublikowała historię z metra <klik>.

  • Rodzic – specjalista ds. logistyki

    Rodzic – specjalista ds. logistyki

    Każdy rodzic, po kilku latach zajmowania się dziećmi, powinien otrzymywać tytuł specjalisty ds. logistyki. Albo zarządzania i organizowania czasu… Jakkolwiek by nie ubrać tego w słowa, gospodarowanie czasem to jedna z umiejętności, których uczymy się przy dzieciach.

    Można ogarnąć

    Osobiście mam problem z ogarnięciem sam siebie, a co dopiero jednak dziecka. Z dużą trudnością przychodzi mi poukładanie sobie tak planu dnia, żeby zdążyć, załatwić i w dodatku jeszcze się nie spóźnić. Natomiast kiedy już wszystko mam zaplanowane, okupuję to nerwami… Niestety! Często odkłądam coś na później, a na koniec mam kumulacje. Ech! Szkoda gadać.

    Z kolei moja Żona do perfekcji opanowała logistykę. W sprytny sposób planuje co, gdzie, kiedy i jak załatwić, aby nie nadkładać drogi, przy okazji załatwić inną rzecz, aby już nie wracać w to samo miejsce. Jedna z zasad – zrób teraz i będzie z głowy! Moim zdaniem – łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

    W dodatku mam pewną manię – nie lubię dzwonić, załatwiać czegoś przez telefon… Niemniej kiedy już się sprężę, idzie jak z płatka. Ale trzeba się przemóc.

    Nie odkładaj… !

    …na później! Żelazna zasada, którą przykrywam stertą innych rzeczy, aby jej nie widzieć i aby w oczy nie raziła. A jak się zastosuję, to jest miło oraz przyjemnie. Sprawa załatwiona, a ja mam spokój.

    Na marginesie: chyba tyle razy słyszałem to “Nie odkładaj na później!”, że w głowie zostało mi tylko “Nie odkładaj!”. Nie robię więc tego – tu zostawię łyżeczkę, tu książkę, tam coś innego… Nie odkładam, ale… na miejsce. 🙂

    Kalendarze, planery itd.

    Tak, mam kalendarz, prowadzony sumiennie przez kilka tygodni w czasie roku. Pilnie notuję, zapisuję… Jednak jak przychodzi, co do czego, zapominam, że należy do “kapownika” zajrzeć. I już rodzi się problem.

    Rozwiązaniem, które jak na razie najlepiej się sprawdza, jest kalendarz w telefonie, zintegrowany z analogiczną aplikacją w smartfonie Żony. Muszę przyznać, iż automatyczne powiadomienia już nie raz uratowały mnie przed smutnymi konsekwencjami zapominalstwa.

    Planer – wisi sobie spokojnie na półce z książkami. I choć rzadko do niego zaglądam, nie wyobrażam sobie, żeby go nie było. Cztery kolumny – moja, Żony, małego S. i ogólna. Uzupełniany na bieżąco. Szczególnie ważne są urodziny, imieniny, rocznice itp. Kto by to spamiętał?

    Przy okazji to taki tradycyjny gadżet, taki papierowy kalendarz. A lubię tradycję.

    Mistrzostwo logistyki

    Chyba w zeszłym tygodniu mieliśmy sytuację, że musiałem być o konkretnej godzinie w danej miejscowości, a byłem pozbawiony samochodu, aby z kolei Żonie było łatwiej. Zatem: jeśli wyjdę ze szkoły o tej, a o tej, to mam 13 minut, żeby zdążyć na ten autobus, by z kolei w Bielsku złapać kolejny. Muszę przyznać, iż zaplanowałem wszystko bardzo dokładnie. I po raz pierwszy cieszyłem się z robót drogowych, które akurat nieco opóźniły em-zet-kę (ciekawe jak w Waszych miejscowościach nazywają się autobusy miejskie?). Udało się! Może dla niektórych to nie był szczyt planowania logistycznego, ale dla mnie owszem. Czułem się mistrzem! 😉 Zresztą to właśnie we wspominanym autobusie zacząłem tworzyć ten wpis.

    Uczę się planowania, gospodarowania oraz zarządzaniem czasem. Towarem, którego mamy chyba najmniej w życiu, a który najszybciej trwonimy. Rodzicielstwo, bycie tatą, pokazuje mi, uświadamia, że lepiej zadbać o czas, każdą jego minutę. Ten już nie wróci!

    Pozdrawiam.

     

  • Tata w przedszkolu

    Tata w przedszkolu

    Muszę przyznać, iż temat przedszkola i wszystko, co z nim związane, przejęła Żona. Jednak jako odpowiedzialny rodzic wszedłem na stronę www owej placówki… 31 sierpnia. 🙂 Całe szczęście Moja Lepsza Połowa dużo wcześniej ogarnęła, co trzeba. Żeby nie było – wszelkie wątpliwości omawialiśmy razem. Może dlatego poczułem się nieco pewny w tym zakresie.

    (więcej…)

  • Tata-belfer rozdarty wewnętrznie…

    Tata-belfer rozdarty wewnętrznie…

    Pod słowem rozdarty nie mam bynajmniej na myśli krzyku. Rozdarty, czyli z jednej strony idę już do pracy, którą lubię, choć czasem daje w kość. Wszak niosę oświaty kaganiec, niczym kamienie rzucone na szaniec (a to cytat z Słowackiego). Misja, zaangażowanie, pomysły są. Nawet odrobina chęci się znajdzie.

    Z drugiej jednak strony, te kilka tygodni spędzonych z S. było naprawdę rewelacyjnych. Po prostu uwielbiam z nim być, choć… czasem daje w kość i człowiek ma ochotę uciekać. Wiem, wiem… Mam tylko (na razie!) jedno dziecko, co dopiero przy dwójce, trójce itd. Ale tak, mam czasami ochotę uciekać. Właśnie w takich momentach, kiedy patrzę na drzwi wyjściowe, myślę sobie o pracy, że w końcu nastanie wrzesień, że nie będę musiał tego i tamtego, że odpocznę.

    (więcej…)

  • O dobrym mocowaniu się z synem

    O dobrym mocowaniu się z synem

    Już dokładnie nie pamiętam, kto opowiadał o scenie, w której na ogrodowej imprezie ojciec z dwójką dzieci rzucali się po trawie. Dzieciaki skakały po rodzicielu, wchodziły na plecy, a nawet próbowały przewrócić. Ten nie był im dłużny – podnosił je, podrzucał, kładł na ziemię. Wszystkiemu towarzyszyły salwy śmiechu. Osoba opowiadająca mi o tym, była w lekkim szoku. Lekkim.

    Dobre mocowanie

    Osobiście sam mocuję się z S. Ten próbuje wchodzić mi na głowę (proszę to rozumieć dosłownie!), wdrapywać się na mnie albo wykorzystuje mnie jako drabinę do wspinania się, np. próbując “od góry” wejść do łóżeczka (już nieaktualne, ponieważ S. ma swoją wielką łódź). Nie pozostaję bierny. To Młody ląduje na łóżku, to z kolei podnoszę go na wysokość moich oczu. Mocowaniu towarzyszy śmiech!

    Co ważne, a czego nie rozumiałem na początku. Kiedyś bawiliśmy się w ten sposób do oporu, przy czym moje “dość” nie zawsze pokrywało się z “dość” S. Doszło nawet do tego, że syn zaczął unikać zabawy ze mną, w której dochodziłoby do kontaktu. Oj, nie było mi łatwo zrozumieć dlaczego tak się stało? Z S. porozmawialiśmy sobie w cztery oczy i wspólnie ustaliliśmy, że w momencie, kiedy jedna ze stron będzie chciała przerwać zabawę, wtedy druga to uszanuje. I poskutkowało!

    Dwa wnioski

    Po pierwsze, takie siłowe zabawy są moim zdaniem potrzebne dziecku, co więcej, szczególnie chłopcom. Muszą oni poczuć, że dysponują siłą, mocą. Że inaczej przybija się “piątacha” albo “żółwia” mamie, a inaczej tacie; że na ich szturchnięcie w inny sposób zareaguje koleżanka niż kolega. Jeśli dziecko tego nie spróbuje, nie będzie wiedziało, że tak jest. Będzie to szczególnie ważne w okresie dojrzewania. Jednak trochę czasu jeszcze zostało, więc akurat tym aspektem teraz nie będę się zajmował.

    Ważne! Jeśli piszę o mocowaniu się, nie mam na myśli bicia czy czegoś takiego… Żeby była jasność!

    Po drugie – warto rozmawiać z dzieckiem. Tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć. Jest to szalenie trudne, dla mężczyzn szczególnie. Choć uważam się za osobę, która nie ma problemu z wysławianiem się, zdarza się, że bawiąc się z S., nie wypowiemy żadnego słowa nawet przez 15 minut.

    W tym temacie bardzo ważne były dla mnie słowa Janusza Korczaka:

    Nie ma dzieci – są ludzie, ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. Pamiętaj, że my ich nie znamy.

    Tyle.

  • Moje TOP 5 filmów animowanych

    Moje TOP 5 filmów animowanych

    To jest bardzo subiektywny przegląd filmów animowanych, które uwielbiam i do których często wracam (albo wracałem, bo z czasem różnie). Myślę, że tytułów nie trzeba szczegółowo omawiać. Są to bowiem powszechnie znane produkcje.

    (więcej…)